Moje dni, twoje dni, nasze noce…
Od jakiegos czasu zyje w dwoch roznych swiatach… Okolo 7 rano szykuje Ryanowi butle z kaszka, przewijam i zaczyna sie dzien. Kazdy do siebie podobny, a jednak kazdy inny - sa dlugie, czasem sloneczne, czasem deszczowe. Przeplatane radosciami i smutkami, mniej i bardziej waznymi ludzmi i sprawami. Patrze na mojego synka i zaczynam rozpoznawac w nim cechy, nastroje - umiem juz okreslic co lubi a co go denerwuje. Kocham go miloscia calkowita i absolutna. Cieszy mnie kazda chwila z nim spedzona, kazda nowa rzecz jaka zrobi lub na jaka zwroci uwage - ostatnio byl to promien slonca na blacie stolu - niemozliwy do zlapania a jakze piekny. Okolo 19 Ryanek ucieka w swiat snu, a ja uciekam w swiat innej milosci. Wszystko nagle przestaje byc istotne, Ta druga milosc nie jest juz taka bezwarunkowa, potrzebuje ciaglych dopieszczen i zapewnien. Zatracam sie w niej. Ona wciaga i rozleniwia. Pod jej wplywem odzywaja sie dawno zapomniane mysli i pragnienia. Podstawa tej milosci jest On… O 7 rano otwieram drzwi, wchodzac po schodach zrzucam z siebie resztki magii i strzepuje z oczu sennosc. Chowam gleboko w sobie wszystkie fruwajace wkolo mnie amorki. Po naszej nocy, zaczyna sie moj dzien - zaczyna sie od usmiechu mojego synka - i tez jest pieknie. Teraz moim jedynym marzeniem jest by polaczyc te dwa swiaty i to nawet nie marzenie, to plan.